Wojciech Cejrowski - Rio Anaconda
Drugie, dłuższe dzieło znanego, uwielbianego i nienawidzonego jednocześnie podróżnika. Na samym początku autor zaznacza (po raz drugi, jak w przypadku Gringo...), że historie opisane w książce są prawdziwe w całości. Nic nie zostało dodane, a jedyne zmiany dotyczyły nazw - nie chciał nikomu ułatwiać odnalezienia ostatniego dzikiego plemienia Indian. To właśnie o nich jest ta pozycja, a ściślej - o białym człowieku, który pożył z nimi kilka tygodni. Mało kto wierzy bezgranicznie w to, co Cejrowski opisuje. Bo naprawdę uwierzyć w niektóre sprawy - coś w rodzaju portalu w dzikich wodach rzek w Południowej Ameryce, we wszystkie magiczne czyny, jakimi szczycił się szaman plemienia. Ale okej, powiedzmy, że wierzymy. Można to wtedy określić jednym słowem - niesamowite. Plemie opisywane przez Cejrowskiego żyło święcie przekonane, że jest jedynym przedstawicielem gatunku ludzkiego na Ziemi. Rio Anaconda jest nieco inna niż Gringo.... Jej akcja w całości niemal toczy się w zielonej gęstwinie dżungli i została stonowana do poważniejszego poziomu. Tutaj Cejrowski nie nabija się ze swojego położenia, ale w zadumie zastanawia się nad losem tych szczęśliwych ludzi, do których dociera cywilizacja. Ona ich zabije. O wiele grubsza, poważniejsza, ale i tak świetna książka.